Czekamy na odważnych! NABÓR do pokazu ANNISS ogłoszony!


Ogłaszamy nabór do interdyscyplinarnego pokazu mody (art show) Anny Syczewskiej (ANNISS).

ZGŁOSZENIA PRZYJMUJEMY DO 21 WRZEŚNIA 2014r.

Ilość miejsc ograniczona.

POSZUKUJEMY INTERESUJĄCYCH, CHARAKTERYSTYCZNYCH TWARZY,

kobiet w rozmiarach ubrania 36 do 38 oraz mężczyzn w rozmiarach ubrania M do L.

Wiek bez ograniczeń!

ANNISS_NAB�R_do_pokazu_mody.jpg

Termin pokazu: 4 października 2014r., sobota

Miejsce: Zamek Krzyżacki w Świeciu

Autorskie kostiumy i stylizacja: ANNA SYCZEWSKA (ANNISS)

Choreografia pokazu + warsztaty choreografii (28.09. - 01.10.2014r.): ARTI GRABOWSKI

Scenografia pokazu: ROBERT KUŚMIROWSKI

 

Zainteresowani aktywnym udziałem w pokazie mody (w roli modela/modelki - aktora) wezmą udział w pracach nad choreografią pokazu pod okiem Artiego Grabowskiego. Obecność w warsztatach choreografii obowiązkowa.

 

REKRUTACJA dwuetapowa:

1/ ZGŁOSZENIE e-mailem (do 21 września 2014r.) o chęci wzięcia udziału w pokazie.

Zgłoszenia należy nadsyłać pod adres: przebudzenie.karina.dz@gmail.com

W zgłoszeniu należy podać następujące informacje (wiek, wzrost, rozmiar ubrania) oraz dołączyć aktualną fotografię całej sylwetki.

Wyłonieni w pierwszym etapie zaproszeni zostaną do wzięcia udziału w CASTINGU.

2/ CASTING (termin: 27 września 2014r., sobota).

Wyłonieni podczas CASTINGU, uczestnicy pokazu, wezmą udział w warsztatach choreografii w terminie: 28.09. - 01.10.2014r.


O „przebudzaniu” na urlopie, „wszechobecnym zadowoleniu” i obawach z powodu... sukcesu.


Minęły już dobre trzy tygodnie od niesamowitego pokazu mody, jaki miał miejsce 6 lipca na Dużym Rynku w Świeciu, w którym to pokazie główną rolę odegrały Seniorki. Wracając myślami do tych pracowitych i zarazem radosnych dni z przygotowań do głównego pokazu, nie mogę uwolnić się od – paradoksalnie naznaczonych pewną obawą – refleksji/przemyśleń, że bardzo trudno będzie w przyszłym „przebudzaniu” (zakładając, że projekt będzie kontynuowany) powtórzyć ten naprawdę spektakularny sukces, jakim stał się etap Justyny Koeke. Niewątpliwie – większość, która mniej lub bardziej otarła się o jakieś ogniwo z łańcucha „Królewien i Świętych” odczuła w dużym lub w większym stopniu zadowolenie, radość, ba – pozwolę sobie nawet na słowo – szczęście!

Po pierwsze, zadowolona była i sądzę, że nadal jest – sama Artystka. Nie dość, że zyskała nową Kolekcję, to również – jakkolwiek zabrzmi teraz banalnie i cukierkowo – przyjemnie spędziła tydzień swojego urlopu na polskiej prowincji z fajnymi ludźmi, robiąc to, co najbardziej lubi, czyli najczęściej z igłą w ręku wykańczała kostiumy i prowadziła przy tym barwne rozmowy na szereg nurtujących większość nas zagadnień egzystencjalnych, otrzymując do tego dużą dawkę Świeckiej (nie mylić ze świecką, lecz pochodzącej od Świecian) życzliwości, okazywanej w sposób jak najbardziej naturalny, bez cienia afektowanej kurtuazji. A sumując wyżej przytoczone przykłady – to już jest bardzo wiele!

Kolekcję „Królewny i Święte” Justyna pragnęła zrealizować od dawna, ale jak dotąd, do czego się przyznaje, nigdy nie miała na to tyle czasu, ani też (co może nawet w tej kwestii istotniejsze) funduszy. Zaś teraz, te bajkowe kostiumy królewien i świętych, jakby żywcem ściągnięte z Jej dziecięcych rysunków stały się zwyczajnie namacalne i są Jej. I autentycznie – czego by o nich nie powiedzieć – to wszystkie, bez wyjątku, są po prostu ładne, o czym też wspomina w swoich refleksjach na blogu Artystka.

Po drugie, zadowolone były Seniorki. Wiem o tym, bo parę godzin przed pokazem, zbieraliśmy (ja i Piotr Grdeń) materiał zdjęciowy na potrzeby filmu i przeprowadziłam wówczas z większością z nich niezobowiązujące rozmowy na temat Ich wrażeń, odczuć, emocji, co do udziału w tym projekcie. Podkreślały wyjątkowość tego zdarzenia w Ich życiu, zachwycały się współpracą z Justyną, oceniając samą Artystkę bardzo pozytywnie, zarówno jako człowieka („równą, twardą, szczerą babkę”), jak i w kontekście Jej twórczości (mówiły – talent, błyskotliwość, fantazja, niewyczerpane źródło kreatywności). Zwracały uwagę na ogromny nakład pracy i czasu, jaki musiała włożyć, w samo uszycie tych kostiumów, składających się z ogromu detali, a wszystkich wykonanych ręcznie.

7-Resizer-800.jpg  fot. Marcin Saldat

8-Resizer-800.jpg  fot. Marcin Saldat

Seniorki poruszały też wiele innych zagadnień, a z Ich wypowiedzi rysował się czytelny komunikat, że ten tydzień pracy (spotkania, przymiarki, poprawki i dopasowanie kostiumów, ćwiczenia nad choreografią) nad tym, by podczas kulminacyjnego pokazu na Dużym Rynku wyglądać możliwie najpiękniej i by naturalnie, lekko, zmysłowo/kobieco poruszać się w tych skomplikowanych strojach z niełatwymi do utrzymania, kwiatowymi nakryciami na głowach, stanowiącymi niekiedy konstrukcje bardziej rozbudowane, niż same suknie – dał im na pewno sporo satysfakcji. Odnalazły się w nowej roli, podbudowały swoje ego, w kostiumach z dziecięcych marzeń wszystkie wyglądały baśniowo. Przypuszczam, że do dziś uśmiechają się na samą myśl tej niecodziennej przygody, jakiej doświadczyły.

9-Resizer-800.jpg  fot. Marcin Saldat

10-Resizer-800.jpg  fot. Marcin Saldat

Po trzecie, kuratorka też była i nadal jest zadowolona. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czułam taki komfort pracy, będąc przy okazji też na swoim urlopie. Każdego dnia, zespół OKSiR-u wspierał naszą 3-osobową ekipę (artystka, kuratorka, filmowiec) we wszelkich naszych poczynaniach, nawet w tych najdrobniejszych, takich, jak, np. potrzeba wypicia porannej, popołudniowej, czy wieczornej kawy ;-).

Tym razem, czułam wyraźnie, że „Przebudzenie” stało się wspólne. W realizację „Królewien i Świętych” zaangażowało się wiele osób, które nie tylko sumiennie wykonywały wcześniej ustalone według harmonogramu poszczególne zadania, ale bardzo często inicjowały „coś” od siebie, co okazywało się często trafioną propozycją, wnoszącą doskonałe rozwiązanie danej sytuacji. I tak, np. dzięki Monice Gerke, główny pokaz mody odbył się właśnie na Dużym Rynku i połączony został z piknikiem ekologicznym, co też pewnie przełożyło się na zwiększenie liczby potencjalnych widzów. Z kolei dzięki Iwonie Mazelewskiej, Marcin Gackowski dał się przekonać do wystąpienia na pokazie w jednej z bajecznych sukien królewien Justyny, w dodatku – jakby tego było mało – prowadząc psa (ku mojemu ogromnemu zadowoleniu był nim mój Maklens – ot drobna fanaberia kuratorki) – białego, małego Westa (West Highland white terrier), ustrojonego przy obroży w różowe serduszka oczywiście autorstwa artystki. Co by nie mówić – aż ciśnie się na klawiaturę, by skomentować – „wyglądało to słodko”. Tak więc, dzięki Marcinowi, w „Królewnach i Świętych” pojawiło się też trochę pogodnego absurdu, choć z drugiej strony daje się to odczytać również jako element „gender”, który zaistniał w projekcie, a na tym akurat, w pewnym momencie, nam (mnie, Artystce) zaczęło bardzo zależeć. Do dziś podziwiam Marcina za dystans do siebie i odwagę, że nie wycofał się z tego pomysłu – w końcu „facet w sukni” nie jest codziennym obrazkiem w Świeciu, gdzie większość mieszkańców po prostu rozpoznaje się z widzenia.

Po czwarte, zadowolony był i nadal jest filmowiec – Piotr Grdeń (właśnie pracuje nad materiałem, który zebrał podczas pobytu w Świeciu, będąc zarazem też na swoim urlopie). Gdzie On by znalazł tak dobry temat na ciekawy i oryginalny art-dokument?

11-Resizer-800.jpg  fot. Marcin Saldat

Prowincjonalne miasteczko, w którym nie wszyscy się spieszą; radosne Panie na emeryturze, których odwaga, swoboda, specyficzna energia/żywotność a nawet pewien niespotykany luz, rozrastały się z dnia na dzień (ba! z godziny na godzinę!), wprowadzając swą obecnością urokliwy harmider jak na bazarze, tyle, że w naszym otoczeniu zamiast bogactw natury i kapitalizmu, były te do potęgi jaskrawe i kolorowe KOSTIUMY Królewien i Świętych, teraz w ich rękach przewracane, przymierzane, rzucane, gniecione, rozciągane itd. itp. Za każdym razem patrzyłam na to zjawisko z lekkim przerażeniem, bo jak „dzieło sztuki” (przecież w całości kostiumy te, były najnowszą Kolekcją Justyny Koeke – efektem finalnym Jej kilkumiesięcznej, manualnej pracy) może być aż tak poniewierane?! Pojawienie się jednocześnie kilku, czy całej grupy Seniorek, w Sali Lustrzanej, w której od rana do późnych godzin wieczornych najczęściej przez te dni przebywaliśmy, odbieraliśmy niemalże jak przejście tornada ;-) Niemniej, było to na swój sposób orzeźwiające w odniesieniu do pewnego skupienia i spokoju, w jakim pracowaliśmy: Justyna ciągle coś przyszywała i poprawiała, ja służyłam Jej jako model podczas tych poprawek, a Piotr najczęściej filmował, no i nieustannie rozmawialiśmy, dzieląc się swoimi spostrzeżeniami, wyciągając wnioski, ustalając scenariusz kolejnych działań; czasem ktoś się pojawiał i dołączał do naszej rozmowy; ludzie wchodzili i wychodzili.

Potem sam pokaz mody (punkt kulminacyjny starań całego zaangażowanego zespołu) zapewnił Piotrowi – jedyny w swoim rodzaju materiał – nie sądzę, że coś takiego – przyjdzie Mu jeszcze kiedyś nakręcić. Olśniewające Królewny i Święte jawiły się niczym wycięte nożyczkami ze świata dziecięcych fantazji bajkowe postacie, i to, że pojawiły się w rzeczywistej przestrzeni miasta (nie na jakiejś scenie teatralnej, czy wybiegu dla modelek), że były na tle konkretnego rynku i otaczających go kamienic, obserwowane przez mieszkańców – zwyczajną publiczność, która nie kupiła biletów na spektakl i nie otrzymała specjalnych zaproszeń na event modowy – to wszystko było spektakularne, porywające i też przy tym bardzo autentyczne.

Było w tym wszystkim bardzo dużo radości, dziecięcego zadziwienia i podziwu, trochę ludowości, swojskości, może i jakiejś nieokreślonej przaśności, ale czy to źle? Zastanawiam się... No właśnie, jak dziwnie brzmią sformułowania „ludowość”, „swojskość”, „przaśność”, „dziecięce zadziwienie” w kontekście powagi, jaką zionie od sztuki współczesnej, zwłaszcza mojego ulubionego sformułowania, jakim często sama się posługuję: „działania artystyczne z obszaru szeroko rozumianych sztuk wizualnych w kontekście społecznym”? Czy te działania artystyczne rzeczywiście muszą ukierunkowywać sztukę na badanie czegoś lub na walkę z czymś/kimś, o coś, w imię czegoś itd. ? Czy muszą pojawiać się słowa typu „trauma”, „wykluczenie”, „terapia”, „świadomość”... by działanie nabrało wartości? Czy zwykła radość z udziału, bez przepracowania trudnego tematu i bez poczucia tej odwiecznej walki z przeciwnościami, wystarczy?

Hmm...

I na koniec jeszcze, w konkluzji tych moich powyższych wywodów o wszechobecnym zadowoleniu, o tym, „jak to się wszystko ładnie nam wszystkim udało”, przypomniała mi się końcówka filmu Anny Syczewskiej „Niepotrzebne skreślić”, ukazującego zmagania Artiego Grabowskiego w Świeciu („Przebudzenie-Reaktywacja”, 2009) i słowa wypowiadane przez Artiego, które mogłabym za nim (bez ironii) powtórzyć – to był niezaprzeczalnie „sukces, po prostu sukces! Sukces na polu sztuki”.

I jakoś dziwnie niepewnie mi z tym sukcesem. Wiadomo, nie jest to mój, lecz sukces wspólny wielu osób, no, ale jakby nie było, zaistniał on z mojej inicjatywy, więc jakoś czuję się za niego bardziej odpowiedzialna.

Karina Dzieweczyńska, kuratorka „Przebudzenia"

12-Resizer-800.jpg  fot. Marcin Saldat

Nie da się ukyć – wszyscy zadowoleni ;-)

Wyjaśnienia co do proweniencji rysunków królewien i świętych, do których Justyna Koeke stworzyła Kolekcję strojów. Autorkami tych rysunków są siostry Malik: Justyna, Weronika, Cecylia i Rozalia. Dziś trudno nawet im samym rozeznać się, który rysunek namalowała, która siostra ;-)


Nieoczywistość przestrzeni


Moje „Przebudzenie” wydarzyło się na kilku poziomach. Pierwszy związany jest z miejscem. Świecie i małe miasteczka, ukazały mi się jako przestrzeń, gdzie marginalność i prowincjonalność mogą być zasadniczą osią obserwacji. Prowincja zawsze miała dla mnie pozytywny wymiar. Łączyłam ją zazwyczaj z autentycznością, z otwartością na „nowe” i na dialog. To dla mnie miejsce, w którym nie ma udawania, w którym liczy się „tu i teraz”, a wszystko odbiegające od normy staję się wydarzeniem. Atmosfera miasta pobudziła moje myślenie w kategoriach niejednoznaczności i nieoczywistości przestrzeni, w której się znajdowałam. Przebudziła się moja wrażliwość na dostrzeganie piękna. Piękna ukrytego w rzeźbach z opon, wystawianych w przydomowych ogródkach, w łączeniu pozornie nie pasujących do siebie rzeczywistości: sznurków suszącego się prania z nowoczesnymi reklamami na kamienicach w centrum, piękna atmosfery leniwego, gorącego popołudnia z pustymi ulicami oraz wieczornej ciszy, przerywanej muzyką taneczną z pobliskich ogródków.

Kolejne „przebudzenie” nastąpiło na poziomie ludzkim. Miejsce tworzą ludzie. I właśnie w Świeciu dostrzegłam nieoczywistą i nieodczuwalną (zwłaszcza w większych miastach) otwartość na inność. Przyjmowanie tego, co może nieść ze sobą artystyczny projekt, jako integralnej części życia. Dostrzegłam to zarówno wśród przypadkowych mieszkańców Świecia, którzy z ową otwartością reagowali na całe przedsięwzięcie artystyczne Justyny Koeke, jak i (a może przede wszystkim) wśród Seniorek, które zdecydowały się wziąć udział w projekcie. Same mówiły, że pociągnęła je możliwość partycypowania w prawdziwej sztuce.

Seniorki ze Świecia „przebudziły” mnie także do dostrzeżenia nowej perspektywy życia na emeryturze. W czasach, kiedy moje pokolenie z niepokojem spogląda w stronę jesieni swojego życia, Panie ze Świecia ukazały raczej wiosenno-bajkową wizję wieku emerytalnego. To raczej my, osoby czynne zawodowo, wyglądaliśmy przy nich, jak zmęczone życiem jednostki.

4-Resizer-800.jpg

fot. Piotr Grdeń

Sam pokaz zorganizowany przez Justynę Koeke, artystkę rodem z Krakowa, „przebudził” i wyostrzył moją wrażliwość na konteksty odświętności, przebierania się i funkcji oraz formy stroju. Projekt od początku do końca wymyka się oczywistościom poprzez poruszanie się na granicach zastanych porządków i powielanych klisz kulturowych. Z jednej strony pokaz mody na Dużym Rynku, z drugiej strony punkt główny kolejnej wakacyjnej imprezy rodzinnej. Dziecięce fantazje, zestawione z tematami przemijalności i starzenia się. Nierozróżnialność na poziomie kolekcji strojów księżniczki i świętej, wcieleń piękna i dobra. Aureola miesza się z koroną, podobnie jak same kategorie, których są znakami.

5-Resizer-800.jpg

Ewa Rossal z Justyną Koeke tuż przed pokazem, fot. Ewa Rossal

Prezentowane stroje to pogranicze bajkowości, rodem z dziecięcych rysunków oraz estetyki opery i operetki, nieznośnie ocierającej się o kicz. Stroje, które poprzez swoją niecodzienność, stały się krytycznym komentarzem do odświętności. „Królewny i Święte” burzą oczywistości, podważają zastaną rzeczywistość kulturową i sztucznie wytwarzane w niej granice między sztuką wysoką a niską, między tym, co elitarne, a popularne. Projekt staje się grą z konwencjami i utartymi schematami, którymi żyjemy na co dzień.

Na koniec pojawia się pytanie o publiczność: Czy zrozumie? Co zrozumie? Co ten projekt wniósł? Co to komuś dało? Moja odpowiedź na ten moment jest jedna: nie liczy się efekt, ale „Przebudzenie”. Projekt dla mnie ukazał swoją moc w Świeciu, małym i prowincjonalnym miasteczku. W miejscu swych narodzin zyskał istotny aspekt, będący połączeniem niezwerbalizowanego wymiaru kultury, tworzonego przez społeczność lokalną wraz ze współczesnymi artystami.

Ewa Rossal

Zachęcam do przejrzenia mojej fotorelacji z udziału w „Królewnach i Świętych” Justyny Koeke.

Na koniec - przed wyjazdem Justyny - zdjęcie pożegnalne:

6-Resizer-800.jpg

fot. Piotr Grdeń

 

 


KRÓLEWNY I ŚWIĘTE – radośnie próżne i pełne życia


„Przebudzenie“ to projekt, do którego zaprosiła mnie Karina Dzieweczyńska.

O Świeciu nigdy wcześniej nie słyszałam. Jest to małe miasteczko, gdzieś w północno-środkowej Polsce, w którym nikt za bardzo nie spodziewa się konfrontacji ze sztuką współczesną. I ten aspekt w działaniu artystycznym jest akurat bardzo fajny.

Na moje „przebudzanie“ Świecia, zaproponowałam kuratorce realizację kolekcji strojów, którą planowałam zrobić już od dłuższego czasu, ale jak dotąd, nie było na to ani czasu, ani odpowiedniego momentu, aż do propozycji wzięcia udziału w „Przebudzeniu“. „Przebudzenie” jest cyklem rozplanowanych w czasie wydarzeń artystycznych, które w swoim statusie mają partycypację społeczności lokalnych. W moich pracach i performance`ach potrzebuję ludzi, więc wykorzystałam właśnie ten warunek do realizacji nowej kolekcji. Kolekcja, którą przygotowałam specjalnie na „Przebudzenie“, to „KRÓLEWNY I ŚWIĘTE“ – mam tu na myśli postacie świętych i królewien, które rysowałyśmy z moimi siostrami, kiedy byłyśmy dziećmi. Rysunki te w dziwny sposób zachowały się przez te wszystkie lata, a przypadkowo znalazłam je kilka lat temu.

2.jpg

fot. Marcin Saldat

Ponieważ wychowywałyśmy się w osobliwej mieszance katolicyzmu, ludowości, opery i operetki, już za młodu miałyśmy kontakt z pewnymi estetycznymi kodami i zarazem też wielki talent w wymyślaniu najpiękniejszych królewien i... świętych postaci: Maryi, Józefa, świętych patronek i Jezusa w różnych okolicznościach. Rysowałyśmy wtedy bardzo dużo, bo nie było w naszym rodzinnym domu telewizji. Wyboru rysunków do kolekcji dla Świecia, dokonałam pod kątem potencjalnych strojów nadających się na wybieg „out couture“ i ich formy, dającej zarazem możliwość stworzenia ubrań. Starałam się o jak najwierniejsze przełożenie rysunku na trójwymiarową rzeczywistość kostiumu. W ten sposób powstały rozbudowane suknie z bogatymi nakryciami głowy, jak z prywatnych, dziecięcych marzeń i właśnie te kostiumy skonfrontowałam ze specjalnymi modelkami – seniorkami ze Świecia.

Marzenia dziewczynek, wychowanych na bardzo konserwatywnych wartościach Polski lat 70-tych, chciałam zderzyć z osobami starszymi, stojącymi po drugiej stronie czasu życia, by wzbudzić na ten temat refleksje i też zakwestionować model wychowania kobiet do bycia pięknymi i świętymi. Interesowały mnie tematy: rola kobiety w społeczeństwie, konserwatywne wychowanie... bla bla bla... To były moje zamiary, takie miałam plany.

Jednak projekt tego typu, w którym bierze udział wiele indywiduów (indywidualności) już podczas samej realizacji przekształca się i nabiera własnej dynamiki, zmieniając często pierwotne założenia. Okazało się, że w praktyce wyszło coś zupełnie innego! Moje działanie w ramach „Przebudzenia” stało się projektem o starzejącym się ciele i młodości duszy, projektem o nigdy nie przemijającej próżności kobiet; też o „clashu” sztuki wysokiej z jarmarkiem; o wstydzie, o ciele w miejscu publicznym i o prywatności ciała. Jak dla mnie super interesujące tematy. Cała przyjemność pracy z seniorkami ze Świecia polegała na tym, że nie było najmniejszej potrzeby dyskutowania o znaczeniu sztuki współczesnej, o sensowności mojego pomysłu, o rozumieniu przekazu sztuki, jak to często bywa z grupami osób nieprzygotowanych i nieukierunkowanych wykształceniem do odbioru sztuki współczesnej, a co często wywołuje najróżniejsze konflikty polegające na wzajemnym braku zaufania i niezrozumieniu. Nie musiałyśmy (ja i Karina) się tym w ogóle zajmować!

1.jpg

fot. Marcin Saldat

Seniorki z chęcią (choć kostiumy wcale nie były łatwe w noszeniu) podjęły się niecodziennego wyzwania – najpierw udziału w fotograficznej, profesjonalnej sesji modowej, potem – wcielenia się w rolę modelek podczas publicznego pokazu mody, mającego się odbyć na Dużym Rynku, w ich mieście, w którym były narażone na bezpośrednią konfrontację ze swoimi bliskimi i znajomymi. Myślę, że powodem, dla którego seniorki tak chętnie zaangażowały się w ten projekt, była sama kolekcja stworzonych przeze mnie strojów, która jest po prostu bardzo ładna! Aż dziwnie mi się robi, gdy sama piszę w ten sposób o swojej kolekcji w odniesieniu do sztuki współczesnej: „bardzo ładna” – to brzmi zupełnie niepoważnie, a „ładność” to raczej przekleństwo, niż błogosławieństwo w kontekście „important contemporary art”. Jednak, ponieważ nie staram się i nie zabiegam specjalnie o to, by należeć do art-mainstreamu, postawiłam właśnie na ten aspekt, by zrobić coś, co naprawdę jest ładne, radosne i zrobić to w absolutnie bezwstydny i bezkompromisowy sposób, tak, jak ja tego chcę i tak, aby dowartościować pojęcie „bardzo ładne”, bo nasze rysunki z dzieciństwa były faktycznie bardzo ładne!

Estetyka, piękno i próżność, chęć podobania się, chęć bycia piękną/pięknym niezależnie od wieku, miejsca i czasu urodzenia, to także jedne z fascynujących obserwacji w czasie pracy z seniorkami przy „Królewnach i Świętych”. Ponadto, specyficzna atmosfera – mieszanka jarmarku i sztuki, sprawiła, że wydarzenie to również i dla mnie było zupełnie wyjątkowe. Wokół kolekcji, poprzez uczestnictwo zespołu OKSiR-u i współpracę z miejscową społecznością, powstała szczególna dynamika projektu: Monika Gerke przygotowywała choreografię pokazu dwóch kolekcji, pokaz umiejscowiony został w czasie pikniku ekologicznego, udział wzięły wspaniałe, bardzo odważne seniorki... Wszystko to, przyczyniło się do stworzenia szczególnej atmosfery, takiej, której w żadnej galerii sztuki lub w przestrzeni stworzonej dla sztuki, nie bylibyśmy w stanie wytworzyć. Nastąpiło ryzykowne zderzenie, ale też odważne, szczególnie dla kolekcji, która jest naprawdę bardzo ładna.

Prezentacja kwiecistych, bajkowych strojów przed wielkim namiotem reklamującym piwo „Tyskie”, w tle, z którego pięć minut wcześniej brzmiała muzyka biesiadna – to właśnie to ryzyko i zarazem też urok tego typu działań. Moment, w którym stawiamy sobie pytanie o granice pomiędzy sztuką wysoką a niską, o faktyczną pozycję sztuki w przestrzeni publicznej, o jej adaptację do zastałych warunków i wpisanie się w miejscowy kontekst! Pytanie o granicę między przemyślaną pracą artystyczną a jarmarczną atrakcją. Ten niejasny kontekst sprawił, że takie pytania mogły się rzeczywiście pojawić, bo faktycznie nastąpiła tutaj konfrontacja tych dwóch światów (z całym szacunkiem dla małomiasteczkowych festynów), dlatego też to działanie dla mnie samej, było niezwykle inspirujące i intrygujące! Nastąpiła też autentyczna konfrontacja z miejscowym środowiskiem, a to jest celem działań Kariny Dzieweczyńskiej, kuratorki całego przedsięwzięcia.

Reasumując, cieszę się niezwykle z pierwszej prezentacji mojej najnowszej kolekcji „Królewny i Święte”, którą zrobiłam z myślą o „Przebudzeniu” – jest to jeden z kroków do tego, by sztuka współczesna nie była aż tak strasznie elitarna!

Justyna Koeke

PS. Tekst Justyny Koeke w wersji angielskiej dostępny tutaj.

3.jpg

fot. Marcin Saldat


Po kolejnej wizycie w Elblągu, pracy przy klombie, spotkaniu z Pasożytem...


Po kolejnej wizycie w Elblągu, pracy przy klombie, spotkaniu z Pasożytem...

Wszędzie dobrze ale w domu najlepiej. Jeszcze lepiej gdy przy domu jest ogród. Piszę tych kilka zdań już po powrocie z Elbląga. Właściwie jestem w kolejnej podróży. Za każdym razem, gdy mijam grupkę maluchów widzę bandę otaczającą Arka Pasożyta (kolejny etap „Przebudzenia” – „DOM” równolegle realizowany z naszym „KOMPOSTEXEM”). Energia bijąca z DOMU Arka, którego fundamenty chwieją się między krzywo wbitym gwoździem, a pociętym namiotem, wydają się wbrew pozorom bardzo solidne. Dzieciaki potrafią wszystko. Oczywiście potrzebny jest mentor, charyzmatyczny Pasożyt. Prócz „lata w mieście” Arek stara się realizować inne zadania. Adresatami jego działań są także dorośli. Dom okazał się także dobrym miejscem do agitacji w kierunku Kompostexu. W tej sytuacji przez jeden dzień zamieniłem sie z Pasożytem rolami :)

Drugi etap, a więc uruchomienie sieci kompostowników ruszył nieco prężniej, choć nadal w sali numer 9 CS Galerii EL część pojemników czeka na swoich nowych właścicieli niczym biedna choinka z bajki Andersena.

OGRÓD

Kamienie wygrzebane z krzaczorów rosnących wokół ruin murów kościoła okazały się strzałem w dziesiątkę. Niestety co do reszty nie skalkulowałem za dobrze i skompromitowałem się ze swoją naiwnością przed Panami osadzonymi. Sympatyczna i bardzo energiczna brygada. Poczułem się przez moment jak na obozie. Grupa także miała swoją opiekunkę Panią Anię... podejrzewam, że płeć i wdzięk odgrywają tu kluczową rolę. Pierwsza godzina minęła nam na pieleniu i drobnych podchodach w kierunku budowy schodów. Pojawił się Krzysztof (Herman) z kilkoma workami cementu i pozostałymi niezbędnymi do pracy materiałami. Mój wymyślny klej do kamieni ogrodowych nie zdobył zaufania więc wypełniliśmy szpary cementem. Nim zdążyłem się rozgrzać, schody już były postawione. Zabraliśmy się za malowanie muru. Stracił nieco uroku, ale myślę, że z czasem efekt będzie dużo lepszy. Jak zawsze ogród przyciąga starszyznę, która już w tym momencie może wchodzić po schodach i przyglądać się z bliska warzywom. Marchew i rzodkiew bardzo smaczne, choć marchewka potrzebuje jeszcze kilku tygodni. Póki co wygląda jak produkt UE w pakowanej folii, smakuje jednak dzieciństwem. Sałata słodziutka... zacząłem żałować, że jestem taki leniwy i nie chce mi się robić kanapek. Chętnie zjadłbym kanapkę z taką sałatą.

Muszę chyba zostawać w Elblągu tylko na jedną noc, gdyż potem przy pisaniu relacji, nie wiem za co się zabrać. Wszystko co tam się dzieje ma coś lekkiego i relaksującego. Może to zasługa Kariny, dzięki której możemy spokojnie realizować nasze zadania. Może to wyrwanie się z Warszawy pomaga w ten sposób spojrzeć na to, co dzieje się w Elblągu.

Zachęcam do zaglądania na aktualizowaną fotorelację Piotra Grdenia.

Kuba Słomkowski z Kolektywu „Parque nō”

DD8A6974_.jpg

fot. Piotr Grdeń

 


Kilka słów z pobytu. Grzegorz Drozd – po pierwszej wizycie w Elblągu.


Nie planowałem za dużo, a każdy kto wiedział, że tam jadę, kiedy pytał o to, co będę tam robił, odpowiadałem, że nie wiem. Nie znałem tego miejsca, nie znałem ludzi, więc trudno było planować.

Kiedy tam jechałem, minąłem wielką nizinę mazowiecką. Potem wzniosłem się na niewielkie wzgórza. Pomiędzy tymi garbkami, jak krople rtęci, kołysały się niewielkie jeziorka. Potem znowu doliny i pola pełne kwitnących ugorów. Równolegle, podobną drogę pokonywali liderzy wszystkich partii politycznych. Na miejscu walczyli „za” i „przeciw” przekopaniu mierzei wiślanej dla wzrostu dobrobytu i wszelkiej poprawy. Kiedy dotarłem do Elbląga, liderów już nie było.

Samo miasto, pełne fasad wycyzelowanych jak tablica zegarka na nadgarstku mężczyzny o ciemnym zaroście, rzadkich włosach i rozbieganych oczach uzbrojonych w uśmiech ust, zastanawiało. Pojechałem też nad morze, gdzie świat inny widziałem. Ludzi innych, którzy intensywnie na mnie patrzyli. Zjadłem rybę z chlebem w smażalni i patrzyłem na wodę. Pomyślałem wtedy, niech się chwila ta zatrzyma i nie będę pytał, czy tego chcę czy nie.

Mam swoje miasto, choć nie wiem, gdzie na tej mapie będę potrafił je wskazać.  Dużo przez ostatnie miesiące zapomniałem. Nie pamiętałem, że Galeria EL w kościele starym i ceglanym, i że ten kościół i ta Galeria, tak ciekawą parę tworzą. Kiedy to zobaczyłem, wiedziałem, że to jest to miejsce. To tutaj na bocznej ścianie kościoła będzie można powiedzieć o co naprawdę nam chodzi.

Grzegorz Drozd

Zobacz fotorelacją Alicji Łukasiak z pierwszej wizyty Grzegorza Drozda w Elblągu.


KOMPOSTEX – ogród i pojemniki...


Udostępniamy pojemniki na segregację odpadów organicznych do zbudowanego kompostownika przy powstającym ogrodzie miejskim...

W maju hurtem przekopaliśmy ziemię, a potem posialiśmy w niej różnorodne nasiona: warzyw, ziół, kwiatów... Sami byliśmy niezmiernie ciekawi, czy coś z tego w ogóle wyrośnie? Ku naszej ogromnej satysfakcji z ziemi szybko wybiły zielone pędy.

Nastały upały. Pełni obaw o to, co wzeszło (przecież taki ukrop i ziemia taka sucha!), rozpoczęliśmy intensywne poszukiwania wolontariuszy, którzy podlewaliby ogródek...

Kiełkujące w nim roślinki błyskawicznie znalazły wsparcie – zawiązała się stała grupa „ogrodników”, która systematycznie pełni „dyżury” i wymienia się w podlewaniu, pieleniu, sianiu kolejnych nasion i dosadzaniu kolejnych roślin. Oddolna, spontaniczna inicjatywa różnych osób przerodziła się w świadomy, odpowiedzialny i zgrany zespół ;-), który sam sobą skutecznie zarządza ;-)

Dzięki temu roślinki w klombie w Parku Dolinka mają się bardzo dobrze – codzienna pielęgnacja tego miejsca sprzyja ich wzrostowi, co też nas niezmiernie cieszy i bardzo ułatwia nam zadanie.

Bo to nie koniec naszego działania!

Niedaleko klombu postawiliśmy kompostownik z myślą o zbieraniu odpadków organicznych do naszego ogrodu. Zainteresowanym rozdajemy odpowiednie pojemniki (za ich udostępnienie podziękowania dla ZUO w Elblągu), mamy ich jeszcze trochę ;-)

Instrukcję segregacji bioodpadów przygotowaną przez Kubę Słomkowskiego zarzucam poniżej:

ulotka kompostująca.jpg

Cały czas możesz do nas dołączyć (kontakt: Kuba – e-mail: jankomorow1@gmail.com, Karina – e-mail: karina@galeria-el.pl).

Karina Dzieweczyńska


Pasożytnicze działania przed przyjazdem do Elbląga. 20-21 czerwca w Elblągu.


Chociaż piszę bloga, to nie lubię pisać relacji z moich przyjazdów do Elbląga. Może za mało ostatnio czytam i stąd mój brak chęci do pisania (na swoim blogu zazwyczaj umieszczam krótki tekst i dużo zdjęć). Lubię za to działać i właśnie 20 czerwca przyjechałem do Elbląga na festyn ZOBACZ UŚMIECH, organizowany przez Specjalny Ośrodek Szkolno-Wychowawczy nr 1. Wraz z Kariną dwa tygodnie wcześniej spotkałem się z Radą nauczycieli i rodziców szkoły by przedstawić swój pomysł na działania z ich dzieciakami. Sympatyczny odbiór, myślę, że miło im było, gdy zaproponowaliśmy wspólne działanie na rzecz edukacji i integracji, ale do rzeczy:
– „No to może przyjedzie Pan poznać nasze dzieciaki, niebawem organizujemy festyn, podczas którego mógł Pan zrobić warsztaty” – powiedziała Pani Danuta Czerska-Biała, jedna z nauczycielek.

Potraktowałem to ambicjonalnie. Chociaż czerwiec w Toruniu był i nadal jest gorący, to stwierdziłem, że muszę coś w tym temacie zaplanować oraz przyjechać, a z Torunia do Elbląga nie ma łatwego dojazdu – przesiadka w Gdańsku i oczywiście najczęściej autobus wypełniony po brzegi. Festyn miał trwać trzy godziny, poza mną miało być masę atrakcji (gry i zabawy, konkurencje, bańki mydlane, wojsko, policja, straż miejska, muzyka, jedzenie), a ja miałem stworzyć kolejne stanowisko dla uciechy dzieciaków. Warsztat musiał być prosty, czytelny i sprawiający szybko radość, bez długich wstępów i zakończeń, dziecko miało wpaść na kilka minut i pobiec dalej. Zaplanowałem malowanie kolorowanek na podstawie współczesnych dzieł sztuki oraz malowanie na przezroczystej folii naciągniętej na piłkarską bramkę, która stoi na boisku szkolnym (można było dokładnie malować wszystko to, co było po drugiej stronie: koleżankę, kolegę czy krajobraz). Kolorowanki miałem już przygotowane wcześniej –– pomysł jeszcze zna czasy grupy artystycznej, w której kiedyś działałem: GN-Gruba Najgorsza ; ) ). Używam tych kolorowanek czasem do działań z dzieciakami, okazuje się, że są one dla dzieci wyjątkowo interesujące, może dlatego, że są niedopowiedziane i można je przeróżnie interpretować, np. jakiś kciuk wystający z ziemi (Cesar Baldaccini), wbity w kartkę (w oryginale: w ścianę) kształt konia bez głowy (Maurizzio Cattelan), czy niemalże abstrakcyjne kształty kwiatków (Wilhelm Sasnal).

paso-kolorowanka-a4-6.jpg

Jedna z kolorowanek przygotowana przez Pasożyta.

 

Pomimo wielkiego upału – udało się!

Moje „pasożytnicze” stanowisko zalewały kolejne fale dzieciaków i oczywiście nie dałbym sobie rady bez osób chętnie pomagających przy warsztatach, czyli Tadeusza Żeglińskiego, Matyldy Ryś, Grzegorza Szudzika i Olgi Radwanieckiej (która wcześniej napisała na swoim blogu o Pasożycie). Inne stanowiska też były świetne, najbardziej zapamiętam alko-okulary i tor przeszkód do nich (okulary symulowały 1,5 promila alkoholu we krwi, ale to raczej dla rodziców), wodną ścianę straży pożarnej oraz trampoliny, na których niestety nie udało mi się poskakać.
 

A na końcu tak może bardziej lakonicznie:

20 czerwca wyruszyłem do Elbląga, dokładnie o 3:25 wsiadłem w Toruniu do autobusu do Gdańska;

dalej – autobus o 6:40 z Gdańska do Elbląga.

7:50 – jadę z Andrzejem (kierownikiem działu administracyjno-gospodarczego Galerii EL) do sklepu po materiały na warsztaty na festyn.

8:30 – przygotowanie swojego miejsca na festynie.

Od 10 do 13:00 – ZOBACZ UŚMIECH: ja i Karina + zmieniający się wolontariusze.

Sprzątamy do 14:30, a potem idziemy na kawę i kiełbasę, gdzie rozmawiamy z Panią Danką Czerską-Białą (pozdrawiam!) i z Panem Leszkiem Iwańczukiem (dyrektorem szkoły, pozdrawiam!).

15:30 – do Kariny przemyć się, wypić kawę i porozmawiać (uzgodnić dalszy plan działania).

Na 18:00 – na wernisaż 27 Salonu Elbląskiego, którego niby byłem jurorem przy wyborze prac, czyli poznawanie różnych osób z Elbląga.

19:30 – obiad.

21:00 – podlewamy klomb KOMPOSTEX-u.

23:00 – rozmawiam o sztuce i życiu z Kubą Słomkowskim.

21 czerwca – 8:45 – autobus do Gdańska i dalej do Torunia by dopiąć wszystko na otwarcie (w dniu: 22 czerwca) w Galerii nad Wisłą przedsięwzięcia pt. „Powódź Śmieci Szabrownicy. O problemach działkowiczów i świata” : )

Za tydzień pojawię się na stałe (przynajmniej na parę dobrych miesięcy) w Elblągu, ulotki już gotowe, pozostaje wybrać najfajniejszą ;-) Na początek mojego pobytu CHĘTNIE POMOGĘ.

Arek Pasożyt


IMG_8024_.jpg

Arek Pasożyt; fot. Karina Dzieweczyńska


Ruszamy z pojemnikami ;-) Kuba po raz kolejny ;-)


W Elblągu czuję się jak u siebie. Podobnie, jak w Warszawie, spotykam znajomych na chodniku. Na początku Ali na rowerze - kolega z Turcji, który w ramach międzynarodowej wymiany spędzi w Elblągu kilka najbliższych miesięcy. Następnie Zimny - Kamil Zimnicki, którego poglądy w pełni podzielam i z przyjemnością słucham głosu młodego, lecz bardzo świadomego pokolenia. Nie chcę streszczać mojej wizyty w sposób chronologiczny, gdyż męczące jest przypominanie sobie po kolei wszystkiego na co się człowiek natknął. 

W ramach Kompostexu udało mi się spotkać z dyrektorem ZUO (Zakład Utylizacji Odpadów) oraz wychowawcą (z personelu nie mundurowego) w zakładzie zamkniętym, Panem Krzysztofem. Od ZUO otrzymaliśmy 30 małych pojemników służących do kompostowania i mamy wstępną zgodę na wypożyczenie kolejnych w zależności od zapotrzebowania. Na temat więzienia ciężko mi pisać, powinienem odwiedzić to miejsce jeszcze kilka razy by wyrobić sobie na ten temat jakieś konkretne zdanie. Pierwsze wrażenia zbyt silne i chaotyczne bym mógł pisać o tym w kontekście Kompostexu. Mogę natomiast dodać, że pan Krzysztof jest bardzo charyzmatyczną osobą i myślę, że to spotkanie zaaranżowane przez Karinę jest początkiem nowej historii, w którą mam ochotę się zaangażować. 

Tymczasem ogród ma się bardzo dobrze. Moje wizyty w Elblągu można by nazwać rutynową kontrolą. Większość wolontariuszy traktuje warzywniak jak swój własny. Dbają o niego. Radosław ma nie tylko wielkie sandały, ale i wielkie serce do roślin. Ania z Krypty pełni rolę moderatora sumienia na grupie co przynosi bardzo udane efekty każdego wieczoru. Wspólnie podlaliśmy ogródek angażując do pracy nowe wolontariuszki, które nieświadome zagrożenia wybrały się na spacer po Parku Dolinka. Następnego dnia zostały dołączone do grupy Kompostex. Udało mi się spotkać z Panią Iwoną, której w październiku podarowaliśmy szafę w ramach projektu „dwóch ludzi z rzeczami”. Pani Iwona również zadeklarowała chęć udziału w Kompostexie. Młode działaczki z Elbląskiego Oddziału Abstrakcyjnego też nie pozostały obojętne wobec nowego pojemnika na odpady, który pojawił się w budynku Stowarzyszenia na ul. Warszawskiej. Jednym słowem - sieć kompostująca ma się coraz lepiej. Z Arkiem Pasożytem zrobiliśmy sobie nocny spacer i wylądowaliśmy dwa kroki przed hotelem Arbiter między kostką brukową i rurami kanalizacyjnymi. Siedząc na schodkach nieczynnej fontanny rozmawialiśmy o tym i o niczym, co jakiś czas przyglądając się przemieszczającym się nocnym markom, którzy z naszej okopowej perspektywy przypominali „zombiaków”.

IMG_8173_.jpg

Kuba Słomkowski, fot. Karina Dzieweczyńska

Elbląg bardzo mnie relaksuje. Nawet w momencie kampanii przedwyborczej miałem wrażenie, że politycy i agitujące grupki to margines wpisujący się w szlaczek elbląskiej starówki. To, co prawdziwe, daje o sobie znać po godzinie 00, czy to na schodach Mjazzgi, czy też pod oknem „nocnego”, czy może za murami więzienia, które mając w pamięci pomaga mi spojrzeć nieco inaczej na miasto, o którym na moment wszyscy w Polsce sobie przypomnieli. Komunikację oceniam na 100 procent. By złapać stopa do centrum spod ZUO wystarczy ukulele, kuratorka i przy drugim machnięciu można już zacząć wywiad środowiskowy na temat przyszłego prezydenta miasta.

Zachęcam do przejrzenia kolejnej fotorelacji Kariny na FB.

Kuba Słomkowski z Kolektywu „Parque nō”


Pasożytowanie i kompostowanie (Arek Pasożyt i Kuba Słomkowski). 20 – 22 czerwca.


20 czerwca, w czwartek (po nieprzespanej nocy i nocno-porannej podróży z Torunia) na dworcu PKS przed 8-smą rano, po raz kolejny, w Elblągu zjawił się Arek Pasożyt.

Tym razem przyjechał po to, by przeprowadzić warsztaty integracyjno-artystyczne w ramach festiwalu ZOBACZ UŚMIECH, organizowanego przez Specjalny Ośrodek Szkolno-Wychowawczy nr 1 w Elblągu (przy ul. Kopernika).

Podczas warsztatów artysta, który za kilkanaście dni, na klika miesięcy, zamieszka w sąsiedztwie tej szkoły i rozpocznie budowę swojego domu, poznawał swoich przyszłych sąsiadów – dzieci, ich rodziców, grono pedagogiczne.

Przedstawiał i wyjaśniał kolorowanki, które stworzył inspirując się pracami znanych artystów. Dzieci kolorowały współczesne „dzieła” m.in. Wilhelma Sasnala, Artura Żmijewskiego, Monikę Sosnowską, Pawła Althamera, Zbigniewa Liberę, Katarzynę Kozyrę, Maurizio Cattelana, Damiena Hirsta …, a także „klasykę” sztuki współczesnej – Andy Warhola, Césara, Magdalenę Abakanowicz, czy Luciana Freuda.

Upał był nieziemski, na szczęście dzięki namiotowi, wypożyczonemu z firmy CELEBRA (serdeczne podziękowania dla Celebry i Agnieszki Pluskoty!) „nie roztopiliśmy” się.

Dochodzili i wymieniali się wolontariusze, wspierający Pasożyta. Wymienię tych, których znam z imienia: pierwszy był Tadeusz Żegliński, wkrótce pojawiła się Matylda Ryś, potem Grzegorz Szudzik, na koniec Olga Radwaniecka.

Atmosfera całego festynu  wyjątkowa.

Po festynie wybraliśmy się na wernisaż 27 Salonu Elbląskiego, gdzie dołączył do nas przedstawiciel Kolektywu „Parque nō” Kuba Słomkowski (on również prosto z podróży, tym razem wracał z Ostródy). Znajomych coraz to więcej, niebywałe jaką łatwość w nawiązywaniu kontaktów mają Arek i Kuba ;-) Wolontariuszy przybywa zarówno do pielęgnowania ogrodu (KOMPOSTEX), jak i do pomocy przy budowie domu PASOŻYTA.

Późnym wieczorem dotarliśmy całą ekipą (ja, Arek, Kuba, Ada, Łukasz, Piotrek) do Parku Dolinka, by wspomóc Marlenę, Helenę i Agnieszkę (? – nowa wolontariuszka) w podlewaniu roślinek.

IMG_8043_.jpg

Kuba Słomkowski i Arek Pasożyt podczas wernisażu 27 Salonu Elbląskiego, 20 czerwca 2013r.; fot. Karina Dzieweczyńska

Na drugi dzień, w piątek, Pasożyt wrócił do Galerii Nad Wisłą w Toruniu, a ja z Kubą na 8.30 stawiliśmy się w Zakładzie Utylizacji Odpadów na umówionym wcześniej spotkaniu z dyrektorem. Otrzymaliśmy 30 pojemników do segregacji odpadków organicznych, które kierowca ZUO w przeciągu dwóch godzin zawiózł do Galerii EL, a my zaś wróciliśmy „na stopa” (tu serdeczne podziękowania dla anonimowej mieszkanki Elbląga, która podwiozła nas do centrum). Kuba umilał nam trasę grając na ukulele, czy też nieustannie próbując ten instrument nastroić, ja zaś niestety wesprzeć go w tym nie za bardzo potrafiłam, bo „z muzyki to tylko tańczę”.

Potem 2-godzinna wizyta w Areszcie Śledczym (tutaj podziękowania za oprowadzanie dla Pana Krzysztofa Maroszka) i szereg nowych rodzących się pomysłów co do naszej współpracy w ramach planowanych kolejnych wydarzeń „przebudzeniowych”. Zapewne nieraz zaangażujemy jeszcze osadzonych w pracę przy ogrodzie miejskim, który z dnia na dzień coraz bardziej rozkwita. Kuba już nad tym myśli…

Wieczorem podlewanie ogródka: Radek (ostatnio niezastąpiony!), Kuba i dwie kolejne, nowe wolontariuszki.

Sobota – upłynęła nam na dalszym rozdawaniu pojemników tym, którzy zechcą zaangażować się w zbieranie odpadków organicznych, by potem przynieść je do naszego kompostownika przy ogrodzie w Parku Dolinka.

O 15.15 Kuba wsiadł do autobusu i wrócił do Warszawy.

Oczywiście to nie ostatni jego pobyt. Co do ogrodu – dopiero się rozkręcamy!

Pojemniki czekają na chętnych, ogród wymaga systematycznej pielęgnacji (pielenie, podlewanie, sadzenie itd.). Na każdym etapie można dołączyć do grupy KOMPOSTEXU.

Karina Dzieweczyńska

Zobacz fotorelację na FB z pobytu Arka Pasożyta i Kuby Słomkowskiego

IMG_8052_.jpg

Arek Pasożyt i Kuba Słomkowski; fot. Karina Dzieweczyńska